Blog z podróży - Już w domu!
Wtorek, 17 Sierpień 2010 10:30
UDAŁO SIĘ!! DOKŁADNIE O PÓŁNOCY W NIEDZIELE DOTARLIŚMY DO DOMU. Czekał na nas komitet powitalny (rodzice i ciocia) z transparentami. Było to bardzo miłe powitanie.

Bośnia i Hercegowina to kraj bardzo przyjazny cyklistom. Malownicze góry, kaniony, czyste rzeki wręcz zapraszają do kąpieli. Ludzie tez są tutaj sympatyczni chociaż dość bojaźliwi.

Kilka dni przerwy minęły od ostatniej korespondencji rowerzystów – podróżników z Radziszowa. Okazało się, że nasi bohaterowie mieli problemy zdrowotne, a Ania nawet została podłączona do kroplówki…

Kolejne „doniesienia” wprost z podróży po Europie, tym razem z Czarnogóry, przesłała do redakcji prawdziwa podróżniczka rowerowa z krwi i kości, Ania Jamrozik (foto!)

Ania Jamrozik, uczestniczka rowerowej wyprawy po Europie opowiedziała nam o Albanii, przez której tereny (wraz z towarzyszami podróży, Konradem i Piotrem) przejeżdżali w trakcie drogi powrotnej do Polski. VII odcinek "Blogu z podróży", zapraszamy do lektury!

Ostatnie dni to duża zmiana klimatu i... widoków. Zakończył się etap jazdy po płaskim, wylegiwania się na plaży i opalania. Mimo, iż mówiłam o rezygnacji z wjazdu do Macedonii, to przebywaliśmy tu ostatnie dwa dni :)
Piszę ponownie ponieważ mam dostęp do Internetu, a nie wiem kiedy nadarzy się podobna okazja, by podzielić się wrażeniami. Pięknie sobie w Parali wypoczęliśmy i właśnie dzisiaj ustaliliśmy szczegóły naszego powrotu...

Obecnie jesteśmy 100 kilometrów od Salonik. Zatrzymaliśmy sie w małej miejscowości turystycznej Paralia na Riwierze Oilimpijskiej. Zostaniemy tu na dłużej (około 3 dni) żeby nabrać sił, wyleczyć odparzenia i rany po kleszczach i ukąszeniach owadów, posmakować wakacji. Nie działają nam tez telefony więc będzie czas na doładowanie baterii...

Cel został zdobyty!!! Dotarliśmy wczoraj do Stambulu. Ostatnie dni są pełne wspaniałych wrażeń i niesamowitych widoków. Poznaliśmy wielu naprawdę miłych i życzliwych ludzi.

Piszę tym razem z Rumunii, korzystając z uprzejmości pracownika hotelowego. Minęło parę dni od ostatniej korespondencji, a u nas zdarzyło się naprawdę wiele. Niestety, z dostępem do Internetu mieliśmy duży problem…

Pierwszy dzień naszej wyprawy był ...dość stresujący. Pociąg, którym próbowałam sie z Konradem dostać do Krakowa – zepsuł się. Następnie pociąg relacji Kraków Główny – Przemyśl był tak przepełniony, że ledwo upchnęliśmy nasze objuczone rowery w przedziale. W Przemyślu zaczęła się nasza rowerowa przygoda. Na dworcu spotkaliśmy się z naszym kompanem podróży – Piotrem, wrzuciliśmy sakwy na rower, posililiśmy się w przydworcowym barze i chwilę potem pedałowaliśmy w stronę przejścia granicznego w Medyce. Podekscytowani wyjazdem pogubiliśmy drogę, w rezultacie czego nasza trasa do granicy ukraińskiej wydłużyła się o 15 km:).


Na samym przejściu spędziliśmy około godzinę, ponieważ była spora kolejka, musieliśmy powypełniać jakieś papierki, przepychać rowery przez wąskie bramki zupełnie nieprzystosowane dla rowerów ( a przejście jest dla rowerzystów i pieszych).
Ukraina, w moim mniemaniu, jest bardzo „polska". Czuję się tu swojsko, wszędzie widać pasące się krowy, kaczki kury. Dużo gospodarstw i wszechobecne dziury na drogach:). Wydaje się jakby czas płynął tu wolniej, ludzie są bardzo życzliwi, często nas zaczepiają, by pogawędzić. Moja flaga, którą przytroczyłam do tylnej sakwy, przykuwa uwagę polskich kierowców, którzy trąbią, zatrzymują się, by nas pozdrowić lub udzielić wskazówek.
Nie mieliśmy jak na razie żadnych problemów ze znalezieniem noclegu. W tej kwestii mamy na razie szczęście:) Pierwszy nocleg spędziliśmy tuż za Lwowem, rozbijając namioty na podwórku gościnnych gospodarzy. Pani domu zaparzyła nam herbatkę i chwilę z nami pogawędziła. Przyrządziliśmy sobie „kolację"(barszcz z pierożkami) i syci położyliśmy się spać na łonie natury.
Następnego dnia rano obudził nas siąpiący deszcz, który niestety towarzyszy nam do tera. Do tego doszedł wiatr.
Kolejną noc spędziliśmy również u przemiłej ukraińskiej rodziny, która zaprosiła nas do domu. Korzystając z okazji wzięliśmy prysznic, znów posililiśmy sie herbatką (dostaliśmy 2 słoiki pełne koziego, jeszcze ciepłego, mleka). Zostaliśmy zaproszeni na domowej roboty wino i samogon, a pomimo bardzo skromnych warunków bytowych ukraińskiej rodziny, stół był suto zastawiony różnego rodzaju „przegrychą".
Wczoraj od rana jechaliśmy w deszczu. Droga była dość monotonna, dziurawa, panował duży ruch i zasypiałam za kierownicą. Konrad zaczął narzekać na ból w kolanach, ale mam nadzieję, że to niebawem ustąpi.
Na trasie spotkaliśmy rowerzystę-sakwiarza ze Szwecji, który jest już w podróży 8 miesięcy. Wracał z Kurdystanu. Wymieniliśmy adresy i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Polski kierowca widząc nas pedałujących w deszczu zlitował się i wziął nas do sióstr zakonnych, które znalazły dla nas nocleg u zaprzyjaźnionej rodziny. Dostaliśmy własny pokój, ciepłe łóżka i, standardowo, herbatkę:).
Dziś kierujemy się w stronę Kamieńca!